Wywiady

Piotr Trojan o aktorstwie, reżyserii i wierze. "Instytucja, jaką jest dziś Kościół, jest mi bardzo daleka"

Wywiady

Autor:
Aleksandra
Czajkowska
Piotr Trojan w szczerym wywiadzie

Piotr Trojan jest nowym objawieniem polskiego kina. Publiczność pokochała go za role w filmach takich jak "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy" czy "Johnny". W rozmowie z Aleksandrą Czajkowską Piotr Trojan opowiedział o aktorstwie, pasjach, dzieciństwie i stosunku do wiary.

Piotr Trojan zachwyca coraz to nowymi obliczami w polskim kinie. Aktor otrzymał nagrodę Orła za najlepszą główną rolę męską w filmie "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy" oraz jest dwukrotnym zdobywcą nagrody Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych za pierwszoplanową rolę męską w filmie "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy" oraz za rolę Patryka Galewskiego w filmie "Johnny".

Piotr Trojan zaliczył również debiut reżyserski. Podczas 46. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych otrzymał wyróżnienie w Konkursie Filmów Krótkometrażowych za film "Synthol", w którym wystąpił w potrójnej roli: scenarzysty, reżysera i aktora.

O aktorstwie, reżyserskim wyzwaniu, bliskich i wierze opowiedział w rozmowie z Aleksandrą Czajkowską.

Piotr Trojan i Dawid Ogrodnik w filmie "Johnny"
Piotr Trojan i Dawid Ogrodnik w filmie "Johnny" Piotr Trojan i Dawid Ogrodnik w filmie "Johnny" Źródło: Daniel Jaroszek

Piotr Trojan o studiach i aktorstwie

Aleksandra Czajkowska: Skończyłeś szkołę muzyczną. Dlaczego nie poszedłeś w tym kierunku?

Piotr Trojan: Byłem słaby. Po prostu. Przez 7 lat chodziłem do szkoły muzycznej, ale czułem, że inni są lepsi. Szkoła muzyczna nauczyła mnie jednak pewnej wrażliwości. Mieliśmy dużo wyjazdów do oper, filharmonii, na różne koncerty, trochę też śpiewałem, a to mi się przydaje w teatrze. Mam bardzo dobry słuch. Kiedy coś piszę lub nagrywam dialogi, dużo uwagi zwracam na rytm tekstu.

W jednym z wywiadów wspomniałeś, że o aktorstwie marzyłeś "od zawsze". Od kiedy zaczęło się to "od zawsze"?

Już od dziecka, kiedy się bawiłem, to zazwyczaj były to zabawy w teatr. Od odgrywania mszy, kazania księdza i przyjmowania komunii, do "Czarodziejek z Księżyca", gdzie mieliśmy na głowie pończochy z paczek z Niemiec. Kiedy przyjeżdżali do mnie kuzyni, robiliśmy przedstawienia biletowane. Bilety robiliśmy z papieru toaletowego, a w roli widzów byli rodzice i wujkowie. Tak sobie myślę, że chyba byłem trochę tyranem dla nich, bo zmuszałem ich do tych zabaw (śmiech).

(śmiech) Przygotowywałeś ich na to, co wydarzy się w przyszłości.

Chyba tak. Agata Kulesza mówi, że aktorstwo trzeba traktować jak zabawę w piaskownicy. Kiedy mama cię woła na obiad, to wychodzisz na sekundę. Podobnie jest w pracy aktora — równie ważna jest umiejętność wchodzenia w rolę, jak i wychodzenia z niej. Dystans jest konieczny.

I już wtedy wiedziałeś, że zostaniesz aktorem, czy ta decyzja przyszła później?

Zawsze to czułem, ale miałem też inne pomysły na siebie. Zresztą nie tylko ja. Babcia bardzo chciała, żebym został księdzem i ciągle o tym mówiła. W pewnym momencie pomyślałem sobie "no może". I choć od początku chciałem być aktorem, to nie wiedziałem, jak to ugryźć. W Tarnowskich Górach nie było za bardzo dostępu do teatru z prawdziwego zdarzenia. Był amatorski teatr, do którego udało mi się dołączyć i właśnie z nim jeździłem po całej Polsce, po różnych teatrach i tam obserwowałem innych aktorów. W naszym Tarnogórskim Centrum Kultury były również organizowane spotkania z gwiazdami, w których brałem udział. Pamiętam, że byli tam m.in. Jan Englert, Magdalena Cielecka, Dorota Segda. Uważnie ich słuchałem i patrzyłem jak na bogów. Po nocach oglądałem "Kocham Kino" i notowałem wszystkie informacje, o których mówiła Grażyna Torbicka. Jeździłem też na różne warsztaty teatralne. Pamiętam, że miałem elektryczną hulajnogę od wujka z Niemiec, którą sprzedałem, żeby móc pojechać na kolejne warsztaty. Wszystko inwestowałem w rozwój, bo wiedziałem, że nie będzie mnie stać na szkoły przygotowujące do tego zawodu.

Film „Johnny” o ks. Kaczkowskim wchodzi do kin
Film „Johnny” o ks. Kaczkowskim wchodzi do kin Źródło: Dzień Dobry TVN

Piotr Trojan o łódzkiej filmówce i byciu wykładowcą

I udało się. Skończyłeś łódzką filmówkę, ale zdawałeś również do Warszawy i Krakowa. Za którym razem się dostałeś?

Do Łodzi za pierwszym. Teraz zdaję sobie sprawę z tego, że wtedy nie umiałem wielu rzeczy. Nie potrafiłem podczas tych egzaminów stać na scenie i mówić o wielkiej poezji. To trochę nie byłem ja. Oczywiście z wadą wymowy, z wieloma rzeczami, które w szkole muszą być poprawne, ale u mnie takie nie były (śmiech). Teraz sobie myślę, że gdybym był wykładowcą i zobaczyłbym kogoś, kto zaciąga, lub mówi w swojej gwarze, to wziąłbym taką osobę, bo jest inna i wyjątkowa. Wtedy były inne czasy. Wszyscy musieli być poprawni. Na szczęście szkoła w Łodzi stawiała na różnorodność. Mieliśmy bardzo mocny rok, studiowałem m.in. z Justyną Wasilewską, Marcinem Korczem, Agnieszką Więdłochą, Dobromirem Dymeckim. Są świetnymi aktorami.

W ostatnim czasie szkoły zrezygnowały z organizowania fuksówek. Dużo mówiło się również o zachowaniach przemocowych. Jak wspominasz lata nauki w łódzkiej filmówce pod tym względem?

Źle to wspominam. Pamiętam starsze roczniki, które sfrustrowane wyładowywały się na nas. Dla mnie od zawsze fuksówka była straszną głupotą. Ale wchodząc do szkoły, marzyłem o tym, aby być zaakceptowanym przez innych i chciałem wejść w ten teatralny świat, a ponieważ większość wykładowców wyrażała na to zgodę, więc uznałem, że tak musi być i trzeba przez to przejść.

Fuksowałeś kogoś później?

Nigdy. Nie mieściło się to w mojej głowie, mojej wrażliwości, żeby znęcać się nad drugim człowiekiem i uznawać to za zabawę. Teraz widzę pewną zależność, że aktorzy, którzy byli na IV roku studiów nas nie fuksowali, bo byli spełnieni zawodowo. Grali już w teatrze, brali udział w innych projektach i nie potrzebowali tego.

Piotr Trojan
Piotr Trojan Piotr Trojan Źródło: Magdalena Michalak

Ty sam przez dwa lata byłeś wykładowcą. Jak wspominasz ten czas?

Bardzo dobrze czułem się, stojąc po drugiej stronie, choć to była spontaniczna decyzja. Co ważne, miałem dużo swobody i prowadziłem zajęcia tak, jak chciałem. Dla mnie największym sukcesem był fakt, że większość moich studentów dostała się do szkół teatralnych. Do dziś niektórzy do mnie piszą, jesteśmy w kontakcie. Pamiętam, że kładłem nacisk na to, aby rozwijali się, żeby akceptowali swoje tzw. niedoskonałości, nauczyli się z nich korzystać i żeby zaczęli budować swoją indywidualność. Mówiłem im, że odbiorca jest taki jak my, też ma wady, słabości. Ktoś taki chce na ekranie, czy na scenie zobaczyć siebie, a nie wyidealizowany, plastikowy obraz człowieka.

Chciałbyś do tego wrócić?

Bardzo. Obawiam się tylko, że dzisiaj nie miałbym czasu, aby przeprowadzić tych ludzi od początku do końca przez ten proces. A nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy w pewnym momencie oznajmiam: "przepraszam was, ale ruszam z pewnym filmem, ktoś mnie zastąpi". Tak po prostu nie można, a niestety tak się dzieje w szkołach. W takiej sytuacji trzeba wziąć odpowiedzialność za drugiego człowieka.

Rolą Tomka Komendy rozbiłeś bank. Mimo twojej wcześniejszej kariery teatralnej i serialowo-filmowej, to wiele osób właśnie po tym filmie dowiedziało się, o istnieniu Piotra Trojana. Jak to wpłynęło na twoje życie?

Czułem ten wzrost zainteresowania, te spojrzenia w sklepie, czy na ulicy. Ale za każdym razem były to miłe spotkania. Historia Tomka Komendy, ta olbrzymia niesprawiedliwość, jaka go spotkała, mocno rezonowała w ludziach. Nie wiem, jak wyglądałyby te spotkania, gdybym grał jakiś czarny charakter, jak wtedy reagowaliby na mnie widzowie. Nie ukrywam też, że to dzięki tej roli pojawiły się kolejne propozycje zawodowe. Nie uważam, że wcześniej byłem innym aktorem, gorszym, ale faktycznie zaczęto mnie częściej zapraszać na castingi, albo oferować role bez nich. Zostałem dostrzeżony i niewątpliwie doceniony. To z kolei dodało mi pewności siebie. Bardzo ważne były też wiadomości, jakie dostawałem od innych aktorów. Pamiętam SMS-a od Tomasza Kota, który, mimo że nie znaliśmy się prywatnie, napisał przepiękne słowa. To było miłe, że tacy mistrzowie, których ja cenię, dostrzegają moją pracę, tym bardziej że wiedzą, ile to kosztuje.

Po tych wszystkich wiadomościach, ludziach, którzy cię zaczepiali na ulicy, poczułeś się trochę "bogiem"? Że teraz możesz już wszystko?

Nie, bez przesady (śmiech). To wszystko wydarzyło się w moim życiu stosunkowo późno, a nie zaraz po szkole teatralnej, dlatego mam dystans do tego, co się teraz dzieje. Wiem, że sukces wcale nie oznacza, że od teraz będę dostawał i grał wyłącznie świetne role. Mam wielu kolegów, którzy mieli swoje przysłowiowe pięć minut sławy, a za chwilę schodzili gdzieś na dalszy plan.

Role, które zagrałeś, czyli m.in. Tomek Komenda w "25 latach niewinności", Maciej Janik w 3. części "Szadzi" czy Patryk Galewski w "Johnnym", to postaci charakterystyczne. Wyróżniające się, specyficzne. Nie boisz się, że wpadniesz w pewną szufladkę?

Nie boję się po tym, co przeżywałem, czytając recenzję, czy wpisy internautów. Za każdym razem coś robię źle (śmiech). Nawet czasami czytam, że naśladuję coś, czego nie widziałem. Zawsze staram się podejść do roli najlepiej, jak potrafię. Czy tak wychodzi? Nie wiem. To jest również kwestia montażu, reżysera, scenariusza i wielu innych rzeczy. W każdej postaci szukam innych, wyjątkowych cech.

Piotr Trojan w serialu "Szadź"
Piotr Trojan w serialu "Szadź" Piotr Trojan w serialu "Szadź" Źródło: mterialy prasowe

Jaką rolę chciałbyś zagrać najbardziej? W jaką postać chciałbyś się wcielić?

Nie mam takich marzeń. Czasami, kiedy idę na casting do jakiejś roli i postać jest mi bliska, to oczywiście chciałbym go wygrać, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że na decyzję ma wpływ wiele czynników np. to, jak wyglądam przed kamerą, kim będzie mój partner lub partnerka, czy złapię z nimi energię.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że kiedy odgrywasz rzeczywiste postaci, czujesz na sobie pewną odpowiedzialność za nie. Wiem, że od Patryka Galewskiego otrzymałeś wiadomość i bardzo podobało mu się to, jak zagrałeś jego postać w "Johnnym", a co powiedział Tomasz Komenda?

Obejrzeliśmy film przed premierą we Wrocławiu. Był tam Tomek i jego rodzina. To było wyjątkowe wydarzenie. Kiedy masz świadomość, że za plecami siedzą prawdziwi bohaterowie tej historii. To było bardzo emocjonujące, było dużo łez. Pamiętam, że staliśmy w kółku po seansie i Tomek powiedział, że ten film oddaje rzeczywistość 100/100. Że tak właśnie było i chce, żeby ludzie to zobaczyli.

Piotr Trojan o przygotowaniach do "Johnny'ego"

Podczas przygotowań do "Johnny'ego" byłeś w hospicjum. Powiedziałeś, że zrobiłeś coś, czego ci nie zalecali, czyli zżyłeś się z osobami, które tam przebywały, a później widziałeś ich śmierć. Już wcześniej miałeś z tym kontakt, czy to było dla ciebie pierwsze spotkanie z odchodzeniem?

Miałem, bo widziałem, jak odchodzili babcia, dziadek i ciocia i pamiętam te sytuacje. Pamiętam, że u nas na Śląsku trumna była otwarta i codziennie przychodziło się na modlitwy. Pamiętam ten zapach i widok, i to, że dla mnie, jako dla dziecka było to dosyć mocne. Pamiętam, jak babcia odchodziła. To jej przerażenie w oczach i ostatnią rozmowę z nią.

Ile miałeś wtedy lat?

To było trzy lata temu. Chwilę przed rolą Tomka Komendy. Mówiła, że jeszcze chciałby mnie zobaczyć na dużym ekranie, bo wówczas grałem głównie krótkie epizody, których ona nawet nie zauważała. Powiedziałem: "Babciu, teraz będę miał taką dużą rolę, zobaczysz", a ona odpowiedziała: "Ja już tego nie dożyję". Ona już wiedziała, że odchodzi. Była taka mała, drobna, przestraszona. I wtedy za bardzo nie wiesz, co masz powiedzieć, bo nikt cię nie uczy tego w szkole. Nikt ci nie mówi, jak się zachować, co robić, jak sobie poradzić, kiedy ktoś odchodzi. Dlatego tego wszystkiego zacząłem się uczyć przez księdza Jana Kaczkowskiego, przez pracę przy filmie. Pamiętam, że czytanie scenariusza było dla mnie lekcją, której w szkole nie było.

Film, pod tym kątem, uświadomił ludziom, jak powinni się zachować w obliczu śmierci.

Tak. Ten czas, o którym w filmie mówimy, jest najpiękniejszą rzeczą, jaką możesz dać drugiemu człowiekowi. Żeby być z nim szczerym. To są bardzo trudne tematy. Teraz jeżdżę na różne spotkania z publicznością, związane z premierą "Johnny'ego" i za każdym razem wchodzę na salę pod koniec filmu, żeby lepiej wczuć się w to, co widzowie przed chwilą zobaczyli na ekranie. Wiem, że ludzie są wtedy w refleksyjnym nastroju, często zapłakani. Zdarza się, że przynoszą zdjęcia bliskich osób, które odeszły, opowiadają bardzo prywatne historie i chcą pomocy, rady. To jest rzecz, której ja nie mogę im niestety dać. Po którymś z takich spotkań zadzwoniłem do Ani Labudy, dyrektorki puckiego hospicjum, z pytaniem, co mam mówić ludziom, którzy oczekują ode mnie pomocy. Ona wysłała mi link do strony, o której mogę wspomnieć i powiedziała, że tam są wszystkie potrzebne im informacje. Ja nie mogę dać im tego, o co mnie proszą.

Rola Patryka Galewskiego zmieniła coś w twoim życiu?

Tak, w wielu aspektach. Zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Samo spotkanie z Patrykiem Galewskim było bardzo ciekawym doświadczeniem. Zaprosił mnie do swojej kuchni, uczył gotowania, poznałem jego żonę i dzieci. To jest bardzo inteligentny facet, który ma w sobie taką mądrość ks. Jana Kaczkowskiego. Takie rzeczy rezonują, działają na mnie. Poznałem też innych chłopaków, którym pomagał ks. Jan Kaczkowski. To, co zostanie ze mną na zawsze to jedna z jego myśli — że nigdy nie wolno od tak skreślać ludzi. Trzeba im dawać wiele szans.

A twój stosunek do religii, do wiary zmienił się?

Ja nie potrafię uwierzyć. Mimo że czuję gdzieś w środku, że to pomogłoby mi osiągnąć wewnętrzny spokój. Pamiętam, jak z babcią modliliśmy się na różańcu. Ten różaniec to była taka pewna forma medytacji, jakiś rodzaj uspokojenia. Ja szukam tego dzisiaj na innych płaszczyznach, szukam tego w sporcie, muzyce, w bieganiu, w pływaniu, wyjazdach, w naturze. Ale nie umiem przekonać się do słów, które często padają z ust katolickich duchownych. Instytucja, jaką jest dziś Kościół, jest mi bardzo daleka.

Więc łatwiej jest zagrać rolę, która prywatnie jest ci bliska, czy wręcz przeciwnie?

Myślę, że te bliskie są takie najmocniejsze, bo mamy najwięcej doświadczeń z nimi związanych, a ja zawsze filtruję tę rolę przez siebie i swoje emocje.

Mówiłeś, że uprawiasz sport. Mówię o tym, ponieważ masz za sobą debiut reżyserski z krótkometrażowym filmem "Synthol", w którym zagrałeś sportowca i nie tylko. Wystąpiłeś tam w potrójnej roli.

To była duża przygoda.

Chciałbyś pójść w kierunku reżyserskim?

Chciałbym pisać. Lubię podpatrywać innych i czuję, że dobrze to przelewam na papier. Reżyseria jest dla mnie dużą odpowiedzialnością, to praca wielozadaniowa i nie wiem, czy mam na tyle siły, żeby brać to na barki. Granie, pisanie są mi bliskie, nie mówię też "nie" reżyserii, ale zobaczymy, jak się to potoczy. Obecnie piszę pełny metraż "Syntholu". Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda się ruszyć ze zdjęciami. Oczywiście zadaję sobie pytanie, czy chciałbym to tylko napisać, czy również wyreżyserować.

Jakiś czas temu powiedziałeś, że nie wiesz, czy dasz radę podjąć się pełnej wersji filmu. Co wpłynęło na zmianę twojej decyzji?

Lubię wychodzić ze swojej strefy komfortu i podejmować ryzyko. Nie lubię powtarzać rzeczy, które już zrobiłem, albo czuć się bardzo bezpiecznie. Więc jeśli już coś zrobiłem i jest to namacalne, to szukam nowych rzeczy. Jeszcze nie wiem, czy dam radę sam wyreżyserować pełen metraż, ale żałowałbym, gdybym nie spróbował.

W związku z pracą przy filmie, wziąłeś udział w prawdziwych zawodach kulturystycznych.

To była jazda bez trzymanki (śmiech).

Jak czułeś się na scenie?

Długo się później zastanawiałem, czy nie trzeba było zainscenizować tych zawodów. Taka była też idea filmu, że syn z matką żyją w odrealnionym świecie, bajkowym i w pewnym momencie kamera zmienia się z fabularnej w dokumentalną. Zderzamy się wówczas ze światem realnym, który jest zupełnie inny. I pomyślałem, że powinienem naprawdę wziąć udział w tych zawodach, jeśli chcę osiągnąć mocny efekt. Po drodze pojawiło się oczywiście mnóstwo trudności, od takich jak to, że mogłem tylko raz wystąpić na scenie, bez możliwości zrobienia dubli, po takie, że organizator zawodów bardzo mnie prosił, żebym ich nie ośmieszył, więc kazał mi jeszcze ćwiczyć i pakować. Nie wspominając o chłopakach, którzy byli dość poirytowani, bo pracowali nad formą po x lat, a obok ja z Iwoną Bielską malujemy się farbą, kłócimy się ze sobą, a kamery biegają dookoła nas (śmiech). Pamiętam, że przed wejściem na scenę trzęsły mi się nogi i mówiłem sobie: "po co ty sobie to robisz?". W trakcie zawodów kulturystycznych jest wycięty dźwięk, ponieważ Iwona Bielska tak się śmiała, że nie dało się nic z tego wykorzystać. Potem mi powiedziała, że czuła się, jakby była na wystawie luksusowych samochodów i nagle pojawił się tam maluch. Były tam różne emocje, ciśnienie 180, sztuczny uśmiech na twarzy, zażenowanie, a ja się tylko zastanawiałem, czy mamy już te kadry i czy mogę już zejść (śmiech). Zająłem 7. miejsce na 7 uczestników. Myślę, że zrobiłem wielką radość temu chłopakowi, który zajął 6. miejsce (śmiech).

Dlaczego nie pokazujesz w mediach społecznościowych życia prywatnego?

Bo bardzo lubię to, że to życie jest moje, prywatne, a nie jest życiem portali plotkarskich. Nigdy nie chciałbym dostawać pracy za to, że z kimś jestem w związku lub z kimś się rozstałem. Chciałbym dostawać propozycje za moją pracę, osiągnięcia, wrażliwość, za mój talent, a nie za to, co pokazuję. Zawsze będę tego strzegł.

Jesteś po łódzkiej filmówce, pierwsze szlify zdobywałeś w teatrze. Nie boli cię to, że na ekranie pojawia się coraz więcej ludzi bez wykształcenia, ale z odpowiednią liczbą obserwatorów w mediach społecznościowych? Pytam o to, ponieważ ostatnio Andrzej Nejman powiedział, że przez to, że nie pokazuje prywaty w mediach, nie gra w filmach, bo nie ma "followersów".

Ja mam mało "followersów", a gram w filmach (śmiech). Chyba jestem tego zaprzeczeniem. Nie boli mnie to, że ludzie bez szkoły grają. Niektórzy są bardzo zdolni, niektórzy mniej. Widzę, co daje szkoła i na pewno lepiej jest ją ukończyć, bo uczy cię wielu rzeczy. Nie wiem jednak, czy te osoby poradziłyby sobie w teatrze.

Masz 36 lat, ale jednak nie wyglądasz na swój wiek. Czy "młoda twarz" może być problemem w tej branży?

Zdarza się, że idę na casting i nie dostaję roli, bo mówią, że musieliby odmłodzić całą obsadę. Rozmawiałem o tym z Maćkiem Stuhrem i powiedział mi, że miał kiedyś podobne doświadczenia. Ale na pewno jest to lepsza sytuacja, niż miałbym usłyszeć, że wyglądam staro. Nie mam w sobie tej wiedzy, emocji, wrażliwości, jaką mają np. pięćdziesięciolatkowie. Ten etap dopiero przede mną. Dlatego nie wiem, czy umiałbym ich zagrać. Z rolą młodszego bohatera nie mam takiego problemu.

Piotr Trojan
Piotr Trojan Piotr Trojan Źródło: Magdalena Michalak

Oczy całego świata skierowane są w stronę Ukrainy i nasze również. Redakcja cozatydzien.tvn.pl pisze przede wszystkim o rozrywce, kulturze i show-biznesie, ale trudno przejść obojętnie wobec tego, co dzieje się u naszego sąsiada. Dlatego będziemy pisać o wsparciu, jakie płynie z Polski dla mieszkańców Ukrainy. Najważniejsze informacje znajdziecie TUTAJ.

Autor:Aleksandra Czajkowska

Źródło zdjęcia głównego: Magdalena Michalak

Pozostałe wiadomości